Lina Kuzo (Róże, Fiołki i Aniołki)
O polskich klasykach, kuchni kujawskiej i pizzy zainspirowanej… Grecją, o specyfice miejscowej gastronomii, o blaskach i cieniach chefowania oraz o inwestowaniu w ludzi i tradycję, mówi Lina Kuzo, szefowa kuchni restauracji Róże, Fiołki i Aniołki w Inowrocławiu.
Restauracja ma bardzo poetycką, intrygującą nazwę. Jaka kryje się za nią historia?
Nazwa „Róże, Fiołki i Aniołki” kryje w sobie bardzo osobistą i wzruszającą historię właścicieli restauracji. Pochodzi z wpisu do pamiętnika – „Na górze róże, na dole fiołki, a my się kochamy jak dwa aniołki” – te proste słowa stały się symbolem uczucia, ciepła i autentyczności, które wyraźnie czuć w tej restauracji. Jako szefowa kuchni mam poczucie, że ta historia przenika również do kuchni – do smaków, zapachów i atmosfery, które razem budujemy każdego dnia. To miejsce ma duszę, a jego nazwa jest jej najpiękniejszym wyrazem.
Jak określiłabyś filozofię kulinarną, którą kierujesz się w restauracji? Co jest dla ciebie najważniejsze?
Jesteśmy jedną z najstarszych restauracji w powiecie, dlatego moja filozofia kulinarna naturalnie wyrasta z tradycji. Opieramy się na sprawdzonych klasycznych przepisach i polskiej kuchni domowej – takiej, która budzi wspomnienia, daje poczucie bezpieczeństwa i kojarzy się z ciepłem rodzinnego stołu. Najważniejsza jest dla mnie wierność smakom, które znamy od pokoleń. Gotujemy prosto, uczciwie i z szacunkiem do tego, co było przed nami, jednocześnie dbając o jakość produktów i staranność wykonania. Chcę, by nasi goście czuli się u nas jak w domu – żeby każde danie było nie tylko posiłkiem, ale też powrotem do znanych, bliskich smaków.
Jakie danie jest absolutnym bestsellerem restauracji i dlaczego goście wciąż po nie wracają?
Zdecydowanym numerem jeden jest zestaw z de volaille’em – nadziewanym masłem lub serem. To klasyka, do której wiele osób wraca regularnie, bo łączy w sobie domowy smak, perfekcyjne wykonanie i solidną porcję. Tuż za nim plasuje się wątróbka drobiowa z cebulką i jajkiem, delikatnie podlana białym winem – danie, które potrafi pozytywnie zaskoczyć nawet osoby, które wcześniej nie były do wątróbki przekonane. Trzecie miejsce zajmuje tradycyjny kotlet schabowy – prosty, ale dopracowany w każdym detalu, dokładnie taki, jaki pamiętamy z domowej kuchni. Warto też wspomnieć o czerninie, jednej z najbardziej kontrowersyjnych polskich zup. U nas ma ona wierne grono miłośników, wielu gości uważa ją za najlepszą, jaką jedli. To dowód na to, że tradycja, jeśli jest dobrze przygotowana, potrafi obronić się sama.
Pizza od początku była w menu czy pojawiła się później jako odpowiedź na apetyt gości?
Pizza ma u nas swoją własną historię i nie pojawiła się w menu przypadkiem. Jej początki sięgają podróży właściciela do Aten, gdzie poznał Panagiotisa Pantelidisa. To właśnie tam narodziła się fascynacja smakami śródziemnomorskimi i przekonanie, że tę jakość, prostotę i aromaty koniecznie trzeba przenieść do Polski. Wkrótce potem dawna przestrzeń magazynowa została przebudowana na pizzerię, w której powstał piec opalany drewnem, a do menu trafiły receptury inspirowane kuchnią grecką. Właśnie dlatego do dziś serwujemy dania z pieca w stylu greckim – wypiekane tradycyjnie, pełne smaku i charakteru, będące pięknym uzupełnieniem naszej klasycznej polskiej kuchni.
Jak duży wpływ na menu ma kuchnia kujawska?
Dość spora część naszego menu jest inspirowana kuchnią kujawską, która od zawsze była kuchnią prostą, domową i opartą na tradycji. Wyraźnie widać to w zupach – takich jak czernina, żur czy rosół – które są głęboko zakorzenione w regionalnej kulturze kulinarnej. Ważne miejsce zajmują również pierogi oraz dania z wieprzowiny, przygotowywane według klasycznych, sprawdzonych receptur. W miarę możliwości korzystamy z oferty regionalnych dostawców, dbamy o to, by to, co trafia na talerz, było nie tylko smaczne, ale też związane z miejscem, w którym jesteśmy. To właśnie lokalność i tradycja sprawiają, że nasza kuchnia jest tak bliska ludziom.
Wspomniałaś o dostawcach z Kujaw – jakiego rodzaju produktów u nich szukasz? W swoich wyborach podążasz za jakością?
Jakość to dla mnie absolutna podstawa, dlatego zaczyna się ona dużo wcześniej niż w samej kuchni. Zwracam dużą uwagę na pochodzenie, świeżość i powtarzalność składników, bo tylko na dobrej bazie można zbudować uczciwą, smaczną kuchnię. Nie idziemy na skróty – wolę menu prostsze, ale oparte na sprawdzonych produktach. Sięgamy więc po świeże mięsa, drób, jaja, nabiał, warzywa i ziemniaki od regionalnych producentów, których znamy i którym ufamy. Dzięki temu mamy realny wpływ nie tylko na autentyczny smak, ale też właśnie na jakość dań – której bardzo oczekują od nas goście. Jednocześnie wspieramy lokalne gospodarstwa... To podejście idealnie wpisuje się w charakter naszej kuchni – tradycyjnej, domowej, osadzonej w lokalności.
Inowrocławianie chętnie chodzą do restauracji? Jak rozwija się gastronomia w mieście?
Inowrocław jest miastem gastronomicznie dość specyficznym. Oczywiście mieszkańcy chętnie chodzą do restauracji, ale połowę naszych gości stanowią turyści. Miasto jest znane przede wszystkim z sanatorium – duża grupa przyjezdnych to kuracjusze oraz ich rodziny, chętnie korzystający z miejscowej oferty gastronomicznej. Gastronomia w Inowrocławiu rozwija się zatem w swoim własnym tempie, odpowiadając zarówno na potrzeby mieszkańców, jak i smakoszy z zewnątrz. Róże, Fiołki i Aniołki funkcjonują jako kawiarnia, restauracja i pizzeria, co daje dużą elastyczność wyboru. Nasze menu jest wyjątkowe także dlatego, że goście mogą komponować zestawy indywidualnie, zgodnie z własnymi preferencjami. Śmiało mogę powiedzieć, że staramy się wyznaczać trendy – regularnie czerpiemy inspiracje ze szkoleń oraz restauracji, które mają w sobie autentyczność, charakter i „tę moc”. Jeśli chodzi o lokalną scenę gastronomiczną, nie postrzegamy jej w kategoriach konkurencji. Nie jest nas wielu i każda restauracja ma swoich wiernych miłośników, co tworzy zdrową, przyjazną i różnorodną atmosferę w mieście.
Co skłoniło cię do objęcia stanowiska szefowej kuchni i jak wyglądała twoja dotychczasowa ścieżka kariery?
Życie w dużej mierze zdecydowało za mnie. Swoją przygodę z gastronomią zaczęłam dziesięć lat temu zupełnie niepozornie – od pracy dorywczej na 2-3 miesiące. Jak to jednak bywa w tej branży, gastro szybko stało się stanem umysłu. Zanim się obejrzałam, kuchnia wciągnęła mnie bez reszty, gotowanie przestało być tylko pracą, a stało się codziennością i pasją. W pewnym momencie musiałam podjąć decyzję, czy chcę iść tą drogą dalej i zmierzyć się z większą odpowiedzialnością. Zdecydowałam się na to wyzwanie i w 2020 roku objęłam stanowisko szefowej kuchni. Paradoksalnie był to jeden z najtrudniejszych momentów – tuż po tym przyszła pandemia COVID-19. Nie było łatwo, sytuacja wymagała ogromnej elastyczności, świetnej pracy zespołowej i wiary w to, co robimy. Jak widać, daliśmy radę, a doświadczenie to tylko umocniło mnie w przekonaniu, że gastronomia to nie zawód z przypadku, lecz droga, którą wybrałam świadomie.
Wnętrze restauracji jest bardzo przytulne – z dużą ilością drewna i cegły. Czy taka jest też kuchnia? Ciepła, domowa…
Zdecydowanie tak – sala restauracyjna ma urokliwą, ciepłą atmosferę. Jest romantyczna, z wyraźną nutą vintage, a naturalne drewno i cegła tworzą przestrzeń, w której goście czują się jednocześnie wyjątkowo i swobodnie. Wnętrze zostało wykończone przez lokalną artystkę, mistrzynię malarstwa, grafiki i dekorowania Edytę Lasotę, każdy kąt zachwyca więc detalem i charakterem. Kuchnia, w przeciwieństwie do sali, jest nowoczesna i doskonale wyposażona – pozwala nam utrzymywać wysoką jakość, pracować wydajnie, wprowadzać nowe techniki obróbki. W kuchni nie ma polityki – od lat tworzymy zgrany polsko-ukraiński zespół, który codziennie z tą samą perfekcją podchodzi do każdego dania. Właściciel restauracji od zawsze powtarza, że jesteśmy jak rodzina. I dokładnie tak gotujemy – jak w domu, dla najbliższych. Z sercem i myślą o tym, by każdy gość poczuł się u nas naprawdę dobrze.
Jakie było największe wyzwanie w prowadzeniu restauracji, z którym udało ci się sobie poradzić?
Sprawą najtrudniejszą, najbardziej wymagającą – obok problemów związanych z czasem pandemii – było zbudowanie silnego, samodzielnego zespołu kucharzy, na którym do dziś opiera się serce restauracji. Zawsze powtarzam, że jeśli ma się pewnych ludzi, każdy problem staje się jedynie kwestią pracy i czasu. Zwłaszcza dziś, w erze AI, to właśnie ludzie pozostają najcenniejszym zasobem.
A jakie są najlepsze momenty w pracy szefa kuchni?
Najlepsze momenty to te, kiedy z sali słyszę: „następnym razem” albo „jak zawsze”. Kiedy w restauracji nie ma wolnych miejsc, a przy stołach spotykają się różne pokolenia i różni ludzie, których łączy smak. Ogromną radość daje mi też chwila, gdy goście mówią, że trafili do nas z polecenia – to dla nas największy komplement. To także momenty, gdy czuję, że kuchnia naprawdę działa jak dom: każdy zna swoje miejsce, wszyscy sobie ufają, a jedzenie wychodzi z serca. W takich chwilach wiem, że mimo trudów i odpowiedzialności jesteśmy na właściwej drodze.
Jakie masz wizje rozwoju restauracji na najbliższe lata?
W przyszłości planuję wzmacniać menu, jeszcze bardziej koncentrując się na tradycyjnej kuchni staropolskiej i kujawskiej, z wyraźnym naciskiem na lokalne produkty sezonowe. Kluczowe pozostaje dla mnie inwestowanie w ludzi – w ich rozwój, pasję i poczucie odpowiedzialności. To oni są sercem tej restauracji i to dzięki nim możemy iść naprzód. Moim marzeniem jest, by tempo dzisiejszego świata i nowoczesne wymagania nie wymazały z naszej kuchni tradycji. Chciałabym, żeby zawsze było miejsce na smaki z szacunkiem dla przeszłości, przyrządzane z wrażliwością, spokojem i sercem, żeby przy stole wciąż można było czuć się jak u babci, jak w domu.